W końcu dotarłem na Dzikowiec.
Ledwie dwa tygodnie temu żaliłem się, że mi się to nie udało.
Wielkiego dramatu co prawda nie było, bo ostatecznie wybrałem się na spacer, który opisałem w poprzednim wpisie, ale wróćmy do tematu.
Na Dzikowcu już kiedyś byłem i pamiętam, że wchodząc czerwonym szlakiem spod ośrodka aż do starej wieży, dosłownie walczyłem o życie.
Tym razem nie zamierzałem powtarzać tego błędu. Pod starą wieżę wjechałem wyciągiem. A co! Raz można po „emerycku”.
Zamarzło mi picie w rurce od bukłaka!
Siedząc wygodnie na wyciągu krzesełkowym, delektowałem się widokami i napojem z bukłaka w plecaku. Wyciąg ma 780 metrów długości i działa od 2009 roku – pokonuje 222 metry przewyższenia w zaledwie 5 minut. Wjechałem bez zadyszki, walki o życie i litrów potu wylewanych podczas tradycyjnego podejścia.
Gdy tylko wysiadłem na górnej stacji, poczułem mocny wiatr. Termometr pokazywał -9°C, ale przez podmuchy odczuwalna temperatura wynosiła chyba z -15°C. Wszedłem na starą wieżę i rozejrzałem się, ale było zbyt zimno na cokolwiek innego niż trzy szybkie spojrzenia na widoki. Czas na powrót! Założyłem raczki (zbawienie!) i poczułem pragnienie. Jakież było moje zdziwienie, gdy zorientowałem się, że napój w rurce zamarzł na kość…
Nici z picia. Na szczęście, gdy tylko wszedłem między drzewa, wiatr ustał, a zza chmur wyszło słońce. Niestety, rurka nie rozmarzła już do samego końca wycieczki.
Dalej już był tylko spacer.
Wiecie, jak to w górach: góra, dół, kawałek płaskiego i znowu pod górę. Dawno nie widziałem tak pięknej zimy – pewnie dlatego, że rzadko ruszałem się poza Wrocław. Tak czy siak, było obłędnie! Pełne słońce, tylko trochę chmur, a trasa w znacznej mierze prowadziła przez las. Klimat był po prostu jak z bajki.
Aż do okolic nowej wieży spotkałem może z sześć osób. Dopiero przy samej wieży zrobiło się tłoczniej, wszak to popularne miejsce na spacery w tamtej okolicy.
Poniżej możecie zobaczyć zapis śladu GPX oraz krótką galerię zdjęć.

































